Tag Archive: 18


Cierpienia młodego mat-fiza…

Cóż…

Z początkiem właśnie mijającego tygodnia (czyli od ostatniej środy) dla tysięcy ludzi rocznika 1992, jak i garstki towarzyszących im osób z lat przyległych, stało się coś dziwnego. Dziwnego, choć na swój sposób spodziewanego. Odwołując się do tematów modnych – z dnia na dzień nastąpiło takie nagłe, potężne przebiegunowanie. Dla większości zjawisko takie kojarzy się tylko z radośnie-powątpiewanie-nieuniknioną katastrofą tytułem (EURO) 2012!

Dla innych – nieco bardziej prozaicznie… Klasa maturalna.

Tak, rozumiem, dla tych co pokończyli (lub nie) dawniej, z perspektywy czasu nie jest to pewnie jakieś wielkie wydarzenie – później może dzieje się i więcej, ale jednak jedna podstawowa kwestia sprawia, iż jednak to rok nieprzeciętny.

Nie, nie chodzi o rycie, choć ono ma swoją nieodparcie uroczą potęgę. Jest coś innego. W dobrych rpg pożądane, w życiu ciut mniej. Wybory.

Bo cóż tu kryć – po kilkunastu latach życia trzeba nagle podjąć decyzję kształtującą następne kilkadziesiąt. Owszem, są tacy, dla których to łatwe, bo albo zostali ukształtowani już dawno przez swoich rodziców, i nie ma bata, ale ulubiony Helmucik adwokatem zostanie, lub też wystarczy im zawodówka z fachem w postaci małej gastronomii w ręku. To są jednak przypadki nieciekawe, chyba, że lubi się rozmawiać o swego rodzaju “ludzkich tragediach”. W ambitniejszych przypadkach to już bardziej zależy od znajomości siebie, a tu może być przeróżniście.

W moim przypadku – pierwszy wybór, czyli decyzja o profilu licealnym była częściowo oczywista. Dlaczego? Bo z czym jak z czym, ale z matmą to za pan brat byłem właściwie od początku edukacji. Biol-chem zresztą odpadał na starcie, bo pierwszego przedmiotu (głównie chodzi o część poświęconą człowiekowi, czyli w procesie nauczania – większość) nie trawiłem, zaś z drugim, nawet jeśli opanowanym kiedyś dość na tego głupiego laureata olimpiady, zerwałem bardzo szybko po wznowieniu edukacji w towarzystwie bardzo w mej opinii słabo nauczającego belfra. A human? Weź, Pan, nie żartuj, jaki human?

Pozostawały więc mat-fiz i mat-geo. Fizyka jeszcze w gimnazjum wydawała się nie tak trudnym przedmiotem, zaś fakt, iż najlepszy matematyk w szkole (a może i nie tylko, serio) nauczać miał tylko niemieckojęzycznego (drugi uczy się francuskiego) matfiza przesądził sprawę. A jak tak teraz na to spojrzeć…

… to coś czuję, że matfiz ze mnie dziwny. Bo jak to by miało być, by przedstawiciel najszlachetniejszego (bo mojego :P ) profilu, za ulubione przedmioty miał oprócz matmy: geografię, historię i język polski. W przeciwieństwie do takiej fizyki, która nieoczekiwanie na poziomie licealnym zaczęła go mierzić. Wszystkie 3 poprzednie wiążą się zaś z moimi zainteresowaniami – poznawaniem świata, kultur, dziejów. I jak to później połączyć z przyszłymi studiami?

W moim przypadku od dawna było to “coś z polibudy”, choć nie wiem, czy da się to jakoś połączyć z moją pasją, jaką są podróże. Wiecie – Fiedler, Kapuściński, Halik, Wojciechowska, ci to dopiero świata poznali! Ja dotychczas bywałem kilkukrotnie w Niemczech (głównie Berlin) i Czechach (narty), bywały też eskapady do Francji (Paryż), Włoch (raz na narty, do tego ostatnio podróż po większości ciekawych miast bogatej północy, prócz Rzymu), Ameryki (Floryda!), czy ostatnio na Litwę (Wilno, piękne miasto). Niezbyt wiele w porównaniu do wielkości świata, ale treściwie. I czuję, że chciałbym poznać go więcej, a sam National Geographic Traveller, choć pasjonujący, nie wystarczy. Dokonanie tego  w sferze zawodowej wydaje się jednak dosyć daleko, więc cóż czynić, trza szukać czegoś racjonalnego. Mimo sesyjki z doradcą zawodowym wciąż mam wiele wątpliwości, obecnie jednak czuję, że fizykę trzeba jednak zdawać (rozszerzona, naprawdę “hardkor”) i myśleć nad jakąś nanotechnologią/automatyką i robotyką/innym dziwactwem. Bo cóż, matfiz zobowiązuje…

Choć w zasadzie jeśli spojrzeć na moją klasę… Najwyższy próg punktowy wśród klas w roczniku, a jednak obecnie najmniejsza liczba uczniów. Pierwotnie miało być nas 29,  zaraz jednak okazało się, że się co niektórzy poprzepisywali do innych klas i zostało 26, krótko po rozpoczęciu – 25. Ktoś wyemigrował do humana, inna osoba z humana przybyła. Jeden matfiz wybył do matgeo, jeden przybył z innej szkoły. Chociaż się wyrównywało, obecny rok zaczęliśmy już z 2 osobami mniej – znów matgeo i jeszcze biolchem (komplet!). Widać jednak, że moje problemy nie są odosobnione i inni dużo bardziej się z powołaniem mijają.

Zresztą, nawet jeśli 23-osobowy, co to za matfiz, gdy kierunki, które wybierają uczniowie to: ekonomia, kognitywistyka, ASP, architektura, medycyna…

Pozostaje mi przytoczyć niemalże starożytną sentencję, przywoływaną przez mojego matematyka. Maestro:

Cisnąć, cisnąć, cisnąć!

Zatem pozostaje mi się do niej zastosować z największą możliwą odrazą i do tych testów z rozszerzonym matmy, fizyki i angielskiego się przygotowywać. A później – jak wiatr poniesie.

Tych, którzy dotarli do tych słów- pozdrawiam. A co tam, siebie pozdrawiam więc też. ;)

Łosiemnastka…

Najlepsze minęło…

… czy dopiero nastanie?

Kurdę, podchwytliwe pytanie!

.

.

.

.

.

Chyba zależy ode mnie…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.