Tag Archive: liceum


Cierpienia młodego mat-fiza…

Cóż…

Z początkiem właśnie mijającego tygodnia (czyli od ostatniej środy) dla tysięcy ludzi rocznika 1992, jak i garstki towarzyszących im osób z lat przyległych, stało się coś dziwnego. Dziwnego, choć na swój sposób spodziewanego. Odwołując się do tematów modnych – z dnia na dzień nastąpiło takie nagłe, potężne przebiegunowanie. Dla większości zjawisko takie kojarzy się tylko z radośnie-powątpiewanie-nieuniknioną katastrofą tytułem (EURO) 2012!

Dla innych – nieco bardziej prozaicznie… Klasa maturalna.

Tak, rozumiem, dla tych co pokończyli (lub nie) dawniej, z perspektywy czasu nie jest to pewnie jakieś wielkie wydarzenie – później może dzieje się i więcej, ale jednak jedna podstawowa kwestia sprawia, iż jednak to rok nieprzeciętny.

Nie, nie chodzi o rycie, choć ono ma swoją nieodparcie uroczą potęgę. Jest coś innego. W dobrych rpg pożądane, w życiu ciut mniej. Wybory.

Bo cóż tu kryć – po kilkunastu latach życia trzeba nagle podjąć decyzję kształtującą następne kilkadziesiąt. Owszem, są tacy, dla których to łatwe, bo albo zostali ukształtowani już dawno przez swoich rodziców, i nie ma bata, ale ulubiony Helmucik adwokatem zostanie, lub też wystarczy im zawodówka z fachem w postaci małej gastronomii w ręku. To są jednak przypadki nieciekawe, chyba, że lubi się rozmawiać o swego rodzaju “ludzkich tragediach”. W ambitniejszych przypadkach to już bardziej zależy od znajomości siebie, a tu może być przeróżniście.

W moim przypadku – pierwszy wybór, czyli decyzja o profilu licealnym była częściowo oczywista. Dlaczego? Bo z czym jak z czym, ale z matmą to za pan brat byłem właściwie od początku edukacji. Biol-chem zresztą odpadał na starcie, bo pierwszego przedmiotu (głównie chodzi o część poświęconą człowiekowi, czyli w procesie nauczania – większość) nie trawiłem, zaś z drugim, nawet jeśli opanowanym kiedyś dość na tego głupiego laureata olimpiady, zerwałem bardzo szybko po wznowieniu edukacji w towarzystwie bardzo w mej opinii słabo nauczającego belfra. A human? Weź, Pan, nie żartuj, jaki human?

Pozostawały więc mat-fiz i mat-geo. Fizyka jeszcze w gimnazjum wydawała się nie tak trudnym przedmiotem, zaś fakt, iż najlepszy matematyk w szkole (a może i nie tylko, serio) nauczać miał tylko niemieckojęzycznego (drugi uczy się francuskiego) matfiza przesądził sprawę. A jak tak teraz na to spojrzeć…

… to coś czuję, że matfiz ze mnie dziwny. Bo jak to by miało być, by przedstawiciel najszlachetniejszego (bo mojego :P ) profilu, za ulubione przedmioty miał oprócz matmy: geografię, historię i język polski. W przeciwieństwie do takiej fizyki, która nieoczekiwanie na poziomie licealnym zaczęła go mierzić. Wszystkie 3 poprzednie wiążą się zaś z moimi zainteresowaniami – poznawaniem świata, kultur, dziejów. I jak to później połączyć z przyszłymi studiami?

W moim przypadku od dawna było to “coś z polibudy”, choć nie wiem, czy da się to jakoś połączyć z moją pasją, jaką są podróże. Wiecie – Fiedler, Kapuściński, Halik, Wojciechowska, ci to dopiero świata poznali! Ja dotychczas bywałem kilkukrotnie w Niemczech (głównie Berlin) i Czechach (narty), bywały też eskapady do Francji (Paryż), Włoch (raz na narty, do tego ostatnio podróż po większości ciekawych miast bogatej północy, prócz Rzymu), Ameryki (Floryda!), czy ostatnio na Litwę (Wilno, piękne miasto). Niezbyt wiele w porównaniu do wielkości świata, ale treściwie. I czuję, że chciałbym poznać go więcej, a sam National Geographic Traveller, choć pasjonujący, nie wystarczy. Dokonanie tego  w sferze zawodowej wydaje się jednak dosyć daleko, więc cóż czynić, trza szukać czegoś racjonalnego. Mimo sesyjki z doradcą zawodowym wciąż mam wiele wątpliwości, obecnie jednak czuję, że fizykę trzeba jednak zdawać (rozszerzona, naprawdę “hardkor”) i myśleć nad jakąś nanotechnologią/automatyką i robotyką/innym dziwactwem. Bo cóż, matfiz zobowiązuje…

Choć w zasadzie jeśli spojrzeć na moją klasę… Najwyższy próg punktowy wśród klas w roczniku, a jednak obecnie najmniejsza liczba uczniów. Pierwotnie miało być nas 29,  zaraz jednak okazało się, że się co niektórzy poprzepisywali do innych klas i zostało 26, krótko po rozpoczęciu – 25. Ktoś wyemigrował do humana, inna osoba z humana przybyła. Jeden matfiz wybył do matgeo, jeden przybył z innej szkoły. Chociaż się wyrównywało, obecny rok zaczęliśmy już z 2 osobami mniej – znów matgeo i jeszcze biolchem (komplet!). Widać jednak, że moje problemy nie są odosobnione i inni dużo bardziej się z powołaniem mijają.

Zresztą, nawet jeśli 23-osobowy, co to za matfiz, gdy kierunki, które wybierają uczniowie to: ekonomia, kognitywistyka, ASP, architektura, medycyna…

Pozostaje mi przytoczyć niemalże starożytną sentencję, przywoływaną przez mojego matematyka. Maestro:

Cisnąć, cisnąć, cisnąć!

Zatem pozostaje mi się do niej zastosować z największą możliwą odrazą i do tych testów z rozszerzonym matmy, fizyki i angielskiego się przygotowywać. A później – jak wiatr poniesie.

Tych, którzy dotarli do tych słów- pozdrawiam. A co tam, siebie pozdrawiam więc też. ;)


SŁUCHACZ
DO P. OL. WAGNER. 1876

I
Znasz ten kraj, znasz tę narodu chwilę,
Gdy grajkom, wam, świat wtacza się do ręki,
Bo z żadnych słów nie dowie się nikt tyle,
Co z łkań, co z łez – bo idee są dźwięki!!

II
Tam króluj Ty! lecz ja usiędę w mroku,
Zarzucę płaszcz na smętne moje czoło,
Podsłucham w tonach myśl, jak grom w obłoku,
A Ty graj wciąż – i niech tańczą wokoło…

III
A Ty wciąż graj – i niech tańczą wesoło! Przeczytaj cały artykuł »

Początek powieści, niezwykle sugestywny, wywołał u mnie odczucia bardzo pesymistyczne. Akcja rozpoczyna się w fabryce „ludzi”, produkowanych niczym roboty na taśmie produkcyjnej, dzielonych na kasty – modele, o odmiennym przeznaczeniu. W przeciwieństwie do naszego świata, gdzie każdy ma z natury przypisaną odmienność, tu tylko ci na najwyższych szczeblach społeczeństwa – alfy i bety – mogą dostąpić tego przywileju. Gammy, delty i epsilony – gatunki ludzi sztucznie wypaczone, przeznaczone do najgorszych prac, pochodzą ze sklonowanych w procesie Bokanowskiego komórek, są identyczni fizycznie i równie niedoskonali psychicznie. Każdego z nich uczy się od dzieciństwa metodą podobną do hipnozy, odpowiednich formuł, warunkujących ich życie. Cechy mające się wykształcić u każdego z obywateli to konsumpcjonizm, uzależnienie od ciągłego kupowania nowych produktów, niechęć do niższych grup społecznych, określone zachowania wpajane krótkimi hasłami („Lepszy nowy wzór niż łatanie dziur”) . Także upodobania są weryfikowane metodą elektrowstrząsów, choćby odraza do kwiatów – podobnie jak “szokowo” tresuje się zwierzęta. Cała cywilizacja uzależniona jest ponadto od narkotyku – somy, będącej najlepszą rozrywką na czas wolny („Jeden sześcienny centymetr i znika ponury sentyment”) i blokadą myślenia indywidualnego. Kultura nie ma w tym świecie prawa istnienia. Przeczytaj cały artykuł »

Cykl opowiadań, opisujących kolejne podróże gwiezdne Ijona Tichego, pod pretekstem gier słownych i zabawnych historii, skrywa aluzje odnoszące się do minionych epok oraz porusza problemy filozoficzne. Tichy jako awanturnik i obieżyświat nie ma żadnych oporów przed spędzaniem samotnych miesięcy w kosmicznej próżni, a gdy trafi na obcą planetę, czuje się na niej całkowicie swobodnie. Ma jednocześnie dar do wyjątkowo częstego popadania w tarapaty, zawsze jednak udaje mu się z nich wydostać. Przykładowo w pierwszym z opowiadań, wpadłszy w pułapkę przesunięć czasowych, zostaje uratowany przez samego siebie z czasów dzieciństwa. Pomimo skłonności do wpadania w gniew, budzi sympatię czytelnika, choć pozornie wydaje się postacią statyczną, najważniejsze z przygód odciskają na nim swoje piętno.

Wszechświat, który czytelnik przemierza wraz z bohaterem  pełny jest intrygujących istot, często przeczących humanoidalnemu wyobrażeniu kosmitów. Anielici przekształcili siebie w całkowicie identyczne i pozbawione jednostkowości istoty. Przypominają przez to mrówki, pełniąc swą anonimową rolę i co dobę ją zmieniają, bez obawy śmierci, ponieważ wszyscy są tym samym. Z kolei Memnogowie, uznawani za najbardziej życzliwe istoty w przestrzeni, z radością przyjmują misjonarza głoszącego im idee chrześcijaństwa. Gdy ten z największym zaangażowaniem opowiada im o żywotach męczenników, sam jednocześnie mówiąc, że nie jest godnym, by znaleźć się tak blisko Pana, postanawiają mu „pomóc”. Uśmiercając go na jego „ulubione” sposoby, poświęcają swoje zbawienie dla jego świętości. Widać tutaj satyrę Lema – ateisty na religię i jej hasła, jak właśnie wspieranie bliźnich. Indioci mający za naczelne prawo „swobody obywatelskie” znajdując się w sytuacji kryzysowej, radzą się maszyny. Rozwiązaniem okazuje się być przeistoczenie wszystkich w małe krążki, tworzące wzory układające się w „ład doskonały”. Indioci nie protestują przeciw temu i w końcu wszyscy giną, stając się elementami układanki. Przeczytaj cały artykuł »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.